W Rosji wystartował centralny rejestr zakazanych witryn. Oznacza to, że każdy dostawca Internetu ma obowiązek blokować treści, które znajdą się na narodowej czarnej liście.



Ustawa 89417-6, którą Putin podpisał w lipcu tego roku, od wczoraj (1 listopada) stała się obowiązującym prawem. Pod pretekstem walki z dziecięcą pornografią, rosyjski rząd ułatwił sobie kontrolę nad internautami.

Kreml jednak nie zamknął sobie furtki, tworząc czarną listę zablokowanych witryn. W praktyce wygląda to tak, że wystarczy decyzja sądu, aby zablokować jakąkolwiek treść bądź cały portal. Na celowniku Kremla znalazły się: nienawiść, pornografia dziecięca, terroryzm czy ekstremizm polityczny. Wszystko wskazuje na to, że wrogiem publicznym może zostać każdy internauta krytykujący poczynania władzy.

Wyobrażacie sobie sytuację, w której kolega z byłego ZSRR w jednym zdaniu na blogu obraża Kreml? Władza bez problemu dotrze do autora, który wedle prawa staje się przestępcą, i zablokuje jego stronę. Właśnie po to stworzono nowy twór w rosyjskim Ministerstwie Komunikacji, który ma za zadanie wytropienie i selektywne zablokowanie niechcianych treści.

Dzięki ostatnim działaniom Rosja awansowała z koloru czerwonego (pod obserwacją) na kolor czarny (jawna antyinternetowa polityka) na mapie cenzury Internetu. Gorzej jest już tylko w Chinach, gdzie władza bardzo uważnie obserwuje internatów.

Czy waszym zdaniem oficjalna polityka antyinternetowa Rosji powinna zostać potępiona na światowym forum?